

Nie wiem skąd mi się to wzięło, bo u mnie w domu zawsze przy stole obowiązywała kultura. Wiecie - zero mlaskania, siurpania, itp. Ale pewnego dnia postanowiłam beknąć przy obiedzie... To nieźle sparaliżowało całą rodzinę, no może oprócz mojej siostry, która roześmiała sie na cały głos. Ja oczywiście musiałam przeprosić i wyjść z jadalni... Ale to nie koniec, bo taki paraliż i zdumienie rodziców sprawiało mi taką radość, że wbiegałam na chwilę, bekałam, po czym uciekałam. Nerwy ich nosiły... Tak było za dzieciaka. Później już w liceum stawałam do zawodów z kolegami: "kto dłużej, kto głośniej". Na studiach ograniczałam się już tylko do bekania wśród swoich kompanów. A mama zawsze mi mówiła, że jak się tak przyzwyczaje to kiedyś z nawyku wśród obcych i w publicznym miejscu "wymsknie" mi się... I tak też było... Brrr.... Na imprezie z moją najlepszą przyjaciółką... Poznałyśmy jakiś kolegów i gadu gadu, jeden drink, drugi i BEEEKKKK..... Wszyscy na mnie. Troszkę się zczerwieniłam, ale słodkim uśmiechem i tekstem "upsss" załagodziłam sprawę i impreza toczyła sie w najlepsze. Oczywiście z głośnego bekania nie zrezygnuje (chociażby że nie lubię męczyć żołądka tłumiąc to), ale już mam na uwadze miejsca publiczne ;)























i nawet nie patrzę pod siebie - lecę, jakbym miał to zaprogramowane, a schody były zawsze równe...




























