
Siedze na swietlicy... obowiązek taki był ze jak jest dziennik to wojsko siedzi masowo na swietlicy. Siedze i we łbie mi sie kręci niemiłosiernie... cztery jabole na głowe to ciut za dużo. Porzygam sie zaraz i bedzie skucha... tylko gdzie ja mam sie wyrzygać ? Ciasno jak w schowku z miotłami, duszno jak u babci w szafie.... nieeee, gdzies sie wyrzygać musze. Przez okno nie da rady bo dyżurka oficera pułku na przeciw,,, do doniczki ? hmm... ja kulturalny jestem, do kibla ide... -Stój !!! powaliło cie... to Maniek trzyma mnie za rękaw, -Szef kompanii jest na korytarzu !!!, -bede rzygał, mówie... Maniek tylko gały wywalił. Wychodze. Faktycznie, szef kompanii akurat gdzieś dzwoni... podchodze jak umiem najlepiej, słuchawka pomału oddala sie od głowy szefa i oczy mu olbrzymieją... -A wy co ?, -A ja ide sie kulturalnie wyrzygać do kibla, chciałem powiedzieć, ale.... jak tylko otworzyłem usta wyrwało ze mnie całe cztery jabole i kolację. Uwierzcie mi, do dziś słyszę ten chlupot zawartości opadający na telefon, biurko podoficera kompanii i książkę raportową. Jakim cudem szef uskoczył ? nie wiem, wysportowany gość pewnie. Co sie działo.... kilka wersji słyszałem. Jedno co pamiętam jeszcze to poranek, ból głowy, jakis major wrzeszczacy z czerwoną twarzą i Mańka szepczącego zza pleców... -spoko, ja to załatwie. Załatwił, rozeszło się po kościach :).





niezłe

















































